Gottamentor.Com
Gottamentor.Com

Przeczytaj fragment oszałamiającej powieści Anthony'ego Doerr'a z epoki II wojny światowej, All the Light We Can not See



Dowiedz Się O Swojej Liczbie Aniołów

140727-Picks-All-the-Lights-We-Cannot-See-ftr

Życie ślepej paryskiej dziewczyny, której powierzono bezcenny klejnot, i sieroty wcielonego do armii Hitlera zbiegają się w czarującej powieści Anthony'ego Doerr'a, Całe światło, którego nie możemy zobaczyć . Oto fragment:

Zero
7 sierpnia 1944

Ulotki


O zmierzchu wylewają się z nieba. Dmuchają na mury obronne, obracają koła wozu nad dachami, trzepoczą w wąwozy między domami. Wirują nimi całe ulice, błyszcząc bielą na bruku. Pilna wiadomość do mieszkańców tego miasta, Mówią. Natychmiast wyrusz, aby otworzyć kraj.

Przypływ rośnie. Księżyc wisi mały, żółty i garbaty. Na dachach nadmorskich hoteli na wschodzie iw ogrodach za nimi pół tuzina amerykańskich jednostek artyleryjskich rzuca pociski zapalające do ujść moździerzy.


Bombowce

Przekraczają kanał o północy. Jest ich dwanaście, a ich nazwy pochodzą od piosenek: Gwiezdny pył i Burzowa pogoda i W nastroju i Pistol-Packin 'Mama . Daleko w dole płynie morze, poplamione niezliczonymi szewronami białych czapek. Wkrótce nawigatorzy mogą dostrzec nisko oświetlone księżycem bryły wysp rozciągające się wzdłuż horyzontu.

Francja.

Trzeszczą domofony. Bombowce celowo, prawie leniwie zmniejszyły wysokość. Smugi czerwonego światła wznoszą się ze stanowisk przeciwlotniczych w górę iw dół wybrzeża. Pojawiają się ciemne, zrujnowane statki, zatopione lub zniszczone, jeden z oderwanym dziobem, drugi migocze, gdy płonie. Na najbardziej oddalonej wyspie spanikowane owce biegają zygzakiem między skałami.


W każdym samolocie bombardier zagląda przez okienko celownicze i liczy do dwudziestu. Cztery pięć sześć siedem. Dla bombardierów otoczone murem miasto na granitowym cyplu, zbliżające się coraz bliżej, wygląda jak przeklęty ząb, coś czarnego i niebezpiecznego, ostatni ropień, który należy odciąć.


Dziewczyna

W rogu miasta, w wysokim, wąskim domu pod numerem 4 rue Vauborel, na szóstym i najwyższym piętrze, niewidoma szesnastolatka imieniem Marie-Laure LeBlanc klęka nad niskim stolikiem przykrytym w całości modelem. Model jest miniaturą miasta, w którym klęczy, i zawiera repliki setek domów, sklepów i hoteli w jego murach. Jest tam katedra z perforowaną iglicą, obszerny stary zamek Château de Saint-Malo i rząd za rzędem nadmorskich rezydencji wysadzanych kominami. Smukły drewniany pomost wypływa z plaży zwanej Plage du Môle; delikatne, siatkowe sklepienia atrium nad targiem owoców morza; minutowe ławki, najmniejsze nie większe niż pestki jabłka, stoją na małych publicznych placach.

Marie-Laure przebiega palcami po szerokiej na centymetr parapet wieńczący wały, rysując nierówny kształt gwiazdy wokół całego modelu. Znajduje otwór na szczycie ścian, gdzie cztery ceremonialne armaty wskazują na morze. Bastion de la Hollande, szepcze, a jej palce schodzą po małych schodach. Rue des Cordiers. Rue Jacques Cartier.

W rogu pomieszczenia stoją dwa ocynkowane wiadra wypełnione po brzegi wodą. Wypełniaj je, nauczył ją jej wujek, kiedy tylko możesz. Wanna na trzecim piętrze. Kto wie, kiedy woda znowu wypłynie.

Jej palce wracają do iglicy katedry. Na południe do Bramy Dinan. Cały wieczór maszerowała palcami po modelce, czekając na swojego wujka Etienne'a, który jest właścicielem tego domu, który wyszedł poprzedniej nocy, kiedy spała, i który nie wrócił. A teraz znowu noc, kolejna rewolucja zegara, cały blok jest cichy, a ona nie może spać.

Słyszy bombowce, gdy są trzy mile dalej. Mocowanie statyczne. Szum w muszli.

Kiedy otwiera okno sypialni, hałas samolotów staje się głośniejszy. Poza tym noc jest strasznie cicha: żadnych silników, żadnych głosów, żadnego stukotu. Żadnych syren. Żadnych kroków na bruku. Nawet mewy. Tylko przypływ, jedną przecznicę dalej i sześć pięter poniżej, docierający do podstawy murów miejskich.


I coś innego.

Coś cicho grzechocze, bardzo blisko. Otwiera lewą okiennicę i przesuwa palcami po listwach prawej. Tam utknęła kartka papieru.

Przytula go do nosa. Pachnie świeżym atramentem. Może benzyna. Papier jest ostry; to nie było długo na zewnątrz
.
Marie-Laure waha się przy oknie w swoich pończochach, sypialni za nią, muszelkami ułożonymi na szczycie szafy, kamyczkami wzdłuż listew przypodłogowych. Jej laska stoi w rogu; jej wielka powieść Braille'a leży twarzą w dół na łóżku. Dron samolotów rośnie.


Chłopiec


Pięć ulic na północ, siwowłosy osiemnastoletni niemiecki szeregowiec, Werner Pfennig, budzi się przy słabym staccato buczeniu. Trochę więcej niż mruczenie. Muchy stukające w odległą szybę.

Gdzie on jest? Słodki, lekko chemiczny zapach oleju do broni; surowe drewno z nowo skonstruowanych skrzynek z muszlami; zapach starych narzut - jest w hotelu. Oczywiście. L’hôtel des Abeilles, hotel pszczół.

Wciąż noc. Jeszcze wcześnie.

Od strony morza dochodzą gwizdy i huki; flak unosi się.

Kapral przeciwlotniczy spieszy korytarzem, kierując się na klatkę schodową. Idź do piwnicy, woła przez ramię, a Werner włącza lampę polową, zwija koc do torby i rusza korytarzem.

Nie tak dawno Hotel Pszczół był radosnym adresem, z jasnoniebieskimi okiennicami na fasadzie i ostrygami na lodzie w kawiarni i bretońskimi kelnerami w muszkach do polerowania szklanek za barem. Oferuje dwadzieścia jeden pokoi gościnnych, imponujące widoki na morze i kominek w holu wielkości ciężarówki. Paryżanie w weekendy pili tu aperitify, a przed nimi okazjonalnie wysłannicy republiki - ministrowie i wiceministrowie, opaci i admirałowie - a przed wiekami spaleni wiatrem korsarze: zabójcy, rabusie, rabusie, marynarze.

Wcześniej, zanim w ogóle stał się hotelem, pięć pełnych wieków temu był domem bogatego korsarza, który porzucił napady na statki, aby badać pszczoły na pastwiskach pod Saint-Malo, bazgrując w zeszytach i jedząc miód prosto z plastrów. . Na grzebieniach nad nadprożami drzwi nadal znajdują się trzmiele wyryte w dębie; porośnięta bluszczem fontanna na dziedzińcu ma kształt ula. Ulubieńcami Wernera jest pięć wyblakłych fresków na sufitach największych górnych pomieszczeń, w których na niebieskim tle unoszą się pszczoły wielkości dzieci, wielkie leniwe drony i robotnice z przezroczystymi skrzydłami - gdzie nad sześciokątną wanną jedna dziewięciostopowa królowa , z wieloma oczami i odwłokiem pokrytym złotym futrem, zwija się na suficie.

W ciągu ostatnich czterech tygodni hotel stał się czymś innym: fortecą. Oddział austriackich przeciwlotników zabił deskami każde okno, przewrócił każde łóżko. Wzmocnili wejście, wypełnili klatki schodowe skrzyniami pocisków artyleryjskich. Czwarte piętro hotelu, gdzie pokoje ogrodowe z balkonami francuskimi wychodzą bezpośrednio na mury obronne, stało się domem dla starzejącej się szybkobieżnej broni przeciwlotniczej o nazwie 88, która może wystrzelić dwadzieścia jeden i pół funta pocisków dziewięć mil. .

Jej wysokość , Austriacy nazywają swoje działo, a przez ostatni tydzień ludzie ci zajmowali się tym tak, jak pszczoły robotnice mogą zajmować się królową. Nakarmili ją olejami, przemalowali beczki, nasmarowali koła; ułożyli worki z piaskiem u jej stóp jak ofiary.

Królewski osiem osiem , śmiertelny monarcha, który miał ich wszystkich chronić.

Werner jest na klatce schodowej, w połowie drogi na parter, kiedy 88 strzela dwa razy w krótkich odstępach czasu. Po raz pierwszy usłyszał broń z tak bliskiej odległości i wydaje się, że górna połowa hotelu oderwała się. Potyka się i zarzuca ręce na uszy. Ściany odbijają się echem aż do fundamentu, a następnie cofają się.

Werner słyszy, jak Austriacy wspinają się dwa piętra wyżej, przeładowują i cofają się krzyki obu pocisków, gdy lecą nad oceanem, oddalonym już o dwie lub trzy mile. Zdaje sobie sprawę, że jeden z żołnierzy śpiewa. A może to więcej niż jeden. Może wszyscy śpiewają. Ośmiu ludzi Luftwaffe, z których żaden nie przeżyje godziny, zaśpiewa miłosną piosenkę swojej królowej.

Werner ściga promień swojego światła polowego przez hol. Wielki pistolet eksploduje po raz trzeci, szkło rozbija się gdzieś w pobliżu, strumienie sadzy wstrząsają kominem, a ściany hotelu biją jak uderzony dzwon. Werner martwi się, że dźwięk wytrąci mu zęby z dziąseł.

Szarpie, otwiera drzwi do piwnicy i zatrzymuje się na chwilę, widząc, jak pływa. To jest to? On pyta. Oni naprawdę nadchodzą?

Ale kto ma odpowiedzieć?

Saint Malo

W górę iw dół uliczek ostatni nieopuszczeni mieszkańcy budzą się, jęczą, wzdychają. Panny, prostytutki, mężczyźni po sześćdziesiątce. Prokrastynatorzy, kolaboranci, niewierzący, pijacy. Zakonnice każdego zakonu. Biedak. Uparty. Ślepy.

Niektórzy spieszą się do schronów bombowych. Niektórzy wmawiają sobie, że to tylko ćwiczenie. Niektórzy czekają, by chwycić koc lub a modlitwa książka lub talia kart do gry.

D-day był dwa miesiące temu. Cherbourg został wyzwolony, Caen wyzwolone, Rennes także. Połowa zachodniej Francji jest wolna. Na wschodzie Sowieci odzyskali Mińsk; w Warszawie buntuje się Armia Krajowa; kilka gazet stało się na tyle śmiałych, by zasugerować, że sytuacja się odwróciła.

Ale nie tutaj. Nie ostatnia cytadela na krańcu kontynentu, to ostatnie niemieckie umocnienie na wybrzeżu Bretonu.

Tutaj, szepczą się ludzie, Niemcy odnowili dwa kilometry podziemnych korytarzy pod średniowiecznymi murami; zbudowali nowe umocnienia, nowe kanały, nowe drogi ucieczki, podziemne kompleksy o oszałamiającej zawiłości. Pod półwyspowym fortem La Cité, po drugiej stronie rzeki od starego miasta, znajdują się pomieszczenia z bandażami, pomieszczenia z amunicją, a nawet podziemny szpital, a przynajmniej tak się uważa. Jest klimatyzacja, dwustutysięczny zbiornik na wodę, bezpośrednia linia do Berlina. Są miotające płomienie miny pułapki, sieć bunkrów z peryskopowymi celownikami; zgromadzili wystarczająco dużo amunicji, aby rozpylać łuski do morza przez cały dzień, każdego dnia, przez rok.

Tutaj, szepczą, jest tysiąc Niemców gotowych na śmierć. Albo pięć tysięcy. Może więcej.

Saint-Malo: Woda otacza miasto z czterech stron. Jego połączenie z resztą Francji jest słabe: grobla, most, cypel piasku. Najpierw jesteśmy Malouinami, mówią mieszkańcy Saint-Malo. Następnie Bretończycy. Francuski, jeśli coś zostało.

W burzowym świetle jego granit świeci na niebiesko. Podczas największego przypływu morze wkrada się do piwnic w samym centrum miasta. Przy najniższych przypływach nad morzem wystają żebra tysiąca wraków statków.

Od trzech tysięcy lat ten mały cypel znany jest z oblężeń.

Ale nigdy w ten sposób.

DO babcia podnosi wybrednego malucha do piersi. Pijak oddający mocz w alejce pod Saint-Servan, milę dalej, wyrywa kartkę papieru z żywopłotu. Pilna wiadomość do mieszkańców tego miasta , to mówi. Natychmiast wyrusz, aby otworzyć kraj.

Baterie przeciwlotnicze rozbłyskują na zewnętrznych wyspach, a wielkie niemieckie działa w starym mieście wysyłają kolejną serię pocisków wyjących nad morze, a trzystu osiemdziesięciu Francuzów uwięzionych w fortecy na wyspie o nazwie National, ćwierć mili od plaży, skulić się na oświetlonym księżycem dziedzińcu, spoglądając w górę.

Cztery lata okupacji, a ryk zbliżających się bombowców to ryk czego? Przesylka? Wykorzenienie?

Klekot wystrzału z broni ręcznej. Żwirowe werble flaków. Tuzin gołębi siedzących na katedralnej iglicy zaćmuje się wzdłuż jej długości i wypływa nad morze.

Numer 4 rue Vauborel

Marie-Laure LeBlanc stoi samotnie w swojej sypialni i wącha ulotkę, której nie umie przeczytać. Syreny zawodzą. Zamyka okiennice i ponownie otwiera okno. W każdej sekundzie samoloty zbliżają się; każda sekunda to sekunda stracona. Powinna spieszyć się na dół. Powinna kierować się w stronę kąta kuchni, gdzie mała klapa otwiera się na piwnicę pełną kurzu, przeżutych przez myszy dywaników i starych kufrów, które dawno nie były otwierane.

Zamiast tego wraca do stołu w nogach łóżka i klęka obok modelu miasta.

Jej palce ponownie znajdują zewnętrzne mury obronne, Bastion de la Hollande, małe schody prowadzące w dół. W tym oknie, tutaj, w prawdziwym mieście, kobieta bije się w dywan co niedzielę. Z tego okna kiedyś krzyknął chłopiec: Uważaj, dokąd idziesz, czy jesteś ślepy?

Szyby w ich obudowach grzechotają. Pistolety przeciwlotnicze wystrzeliwują kolejną salwę. Ziemia obraca się nieco dalej.

Pod opuszkami palców miniaturowa rue d'Estrées przecina miniaturową rue Vauborel. Jej palce obracają się w prawo; ślizgają się po drzwiach. Raz Dwa Trzy. Cztery. Ile razy to robiła?

Numer 4: wysoki, porzucony ptak Gniazdo w domu należącym do jej wujka Etienne'a. Gdzie mieszka od czterech lat. Kiedy klęka samotnie na szóstym piętrze, gdy tuzin amerykańskich bombowców ryczy w jej stronę.

Naciska do wewnątrz maleńkie drzwi frontowe, a ukryty zatrzask zwalnia się, a domek podnosi się i wysuwa z modelu. W jej rękach jest mniej więcej wielkości jednego z pudełek po papierosach jej ojca.

Teraz bombowce są tak blisko, że podłoga zaczyna pulsować pod jej kolanami. W holu kryształowe wisiorki żyrandola zawieszone nad dzwonkiem klatki schodowej. Marie-Laure przekręca komin miniaturowego domu o dziewięćdziesiąt stopni. Następnie zsuwa trzy drewniane panele, które tworzą jej dach, i odwraca go.

Kamień wpada na jej dłoń.

Jest zimno. Wielkość jaja gołębia. Kształt łzy.

Marie-Laure w jednej ręce ściska mały domek, w drugiej kamień. Pokój wydaje się słaby, cienki. Wydaje się, że gigantyczne opuszki palców mają przedrzeć się przez ściany.

Papa? szepcze.

Piwnica

Pod holem Hotelu Pszczół z podłoża wyrąbano piwnicę korsarzy. Za skrzyniami, szafkami i tablicami z narzędziami ściany są z nagiego granitu. Sufit podtrzymują trzy masywne, ręcznie ciosane belki, przywiezione tutaj z jakiegoś starożytnego bretońskiego lasu i zawieszone na miejscu przed wiekami przez zaprzęgi koni.

Pojedyncza żarówka rzuca wszystko w drgający cień.

Werner Pfennig siada na składanym krześle przed stołem warsztatowym, sprawdza poziom naładowania baterii i zakłada słuchawki. Radio to dwukierunkowy radiotelefon w stalowej obudowie z anteną o pasmie 1,6 metra. Pozwala mu komunikować się z pasującym transceiverem na piętrze, z dwoma innymi bateriami przeciwlotniczymi wewnątrz murów miasta oraz z dowództwem garnizonu podziemnego po drugiej stronie ujścia rzeki.

Radiotelefon nuci, gdy się nagrzewa. Obserwator odczytuje współrzędne w nakryciu głowy, a artylerzysta powtarza je z powrotem. Werner przeciera oczy. Za nim do sufitu upchane są skonfiskowane skarby: zwinięte gobeliny, Dziadek zegary, zbrojownie i olbrzymie obrazy pejzażowe oszalałe z pęknięciami. Na półce naprzeciw Wernera siedzi osiem lub dziewięć gipsowych głów, których przeznaczenia nie może odgadnąć.

Potężny sierżant sztabowy Frank Volkheimer schodzi po wąskich drewnianych schodach i schyla głowę pod belkami. Uśmiecha się delikatnie do Wernera i siada w fotelu z wysokim oparciem, obitym złotym jedwabiem, z karabinem na ogromnych udach, gdzie wygląda jak pałka.

Werner mówi: Zaczyna się?

Volkheimer kiwa głową. Wyłącza światło polowe i mruga w mroku dziwnie delikatnymi rzęsami.

Jak długo to będzie trwało?

Nie długo. Będziemy tu bezpieczni.

Inżynier Bernd jest ostatni. To mały człowieczek o mysich włosach i nierównych źrenicach. Zamyka za sobą drzwi do piwnicy, zaryglowuje je i siada w połowie drewnianych schodów z wilgotnym wyrazem twarzy, strachem lub piaskiem, trudno powiedzieć.

Po zamknięciu drzwi dźwięk syren cichnie. Nad nimi migocze żarówka sufitowa.

Woda, myśli Werner. Zapomniałem wody.

Druga bateria przeciwlotnicza wystrzeliwuje z odległego zakątka miasta, a potem 88 na piętrze znowu idzie na górę, stentorowa, śmiercionośna, a Werner słucha wrzasku pocisku w niebo. Z sufitu syczą kaskady kurzu. Werner słyszy przez słuchawki, jak Austriacy wciąż śpiewają.

. . . na d’Wulda, na d’Wulda, wydaje się, że d’Sunn a so gulda. . .

Volkheimer sennie zbiera plamę na spodniach. Bernd dmucha w złożone dłonie. Radiotelefon trzeszczy pod wpływem prędkości wiatru, ciśnienia powietrza, trajektorii. Werner myśli o domu: Frau Elena pochyliła się nad jego małymi bucikami, zawiązując podwójnie każdą koronkę. Gwiazdy przelatujące przez lukarny. Jego młodsza siostra, Jutta, z kołdrą na ramionach i słuchawką radiową wystającą z lewego ucha.

Cztery piętra wyżej Austriacy wbijają kolejny pocisk w dymiący zamek 88, dwukrotnie sprawdzają trawers i zaciskają uszy, gdy pistolet wystrzeliwuje, ale tutaj Werner słyszy tylko radiowe głosy z dzieciństwa. Bogini Historii spojrzała na ziemię. Tylko przez najgorętsze pożary można osiągnąć oczyszczenie. Widzi las umierania słoneczniki . Widzi stado kosów wyskakujące z drzewa.

Wyciąg z CAŁE ŚWIATŁO, KTÓRYM NIE WIDZIMY Anthony Doerr . Prawa autorskie © 2019 Anthony Doerr. Na podstawie zezwolenia udzielonego przez Scribner, oddział Simon & Schuster, Inc.